sobota, 18 lipca 2026

Tak trudno być human-friendly?


W wielu miejscach w przestrzeni publicznej, najróżniejsze gabinety, restauracje czy jakiekolwiek miejsca przylepiają sobie określenia LGBT-friendly, autistic-friendly, child-friendly, senior-friendly, vegan-friendly. Ale w tym wszystkim chyba zapominamy, żeby być po prostu human-friendly….

Janusz Korczak całą swoją naukę o pedagogice opierał na jednym zdaniu – Nie ma dzieci – są ludzie. Zaś Nie ma kaleki – jest człowiek to słynna dewiza Marii Grzegorzewskiej, twórczyni polskiej pedagogiki specjalnej. Czy jako ludzie potrzebujemy przypominania o oczywistościach? O tym, że wśród ludzi nie ma pod-ludzi czy nad-ludzi? Już jeden niespełniony malarz z charakterystycznym wąsem wpadł na ten pomył w pierwszej połowie XX wieku. 

Im więcej tworzymy etykietek i haseł o inkluzywności, tym częściej zapominamy o ich najprostszym fundamencie człowieczeństwa – byciu człowiekiem. Nie ważne we co wierzy, nie ważne co ma na talerzu, nie ważne od jakiej cyfry zaczyna się jego PESEL, jakiej jest narodowości, z kim spędza noc czy jaką liczbę wskazuje waga osoby, która na niej stoi. Całą mowę o inkluzywności można wyrzucić na śmietnik, jeżeli w mowie o ładnych określeniach zapomnimy o najważniejszym – człowieku. 

Bo można mówić o różnorodności, a jednocześnie traktować ludzi z wyższością. Można deklarować otwartość, a nie mieć cierpliwości dla dziecka czy tej osoby o kuli co wolniej wchodzi po schodach. Można walczyć z dyskryminacją, a z pogardą odnosić się do osoby starszej, ubogiej czy z niepełnosprawnością, a do tego splunąć na widok tej pary gejów spod 3. Można znać cały słownik poprawnych określeń i jednocześnie zapomnieć o… byciu człowiekiem.

Coraz częściej sprawdzianem człowieczeństwa staje się to, czy używamy właściwego hashtagu albo odpowiedniej etykiety. Tymczasem prawdziwym sprawdzianem jest to, jak zachowujemy się wtedy, gdy nikt nie patrzy: czy potrafimy okazać szacunek, wysłuchać drugiego człowieka, nie poniżyć go i nie odebrać mu godności.

Bo fundament jest prosty i nie wymaga żadnych dopisków. Zanim ktoś stanie się przedstawicielem jakiejkolwiek grupy, jest po prostu człowiekiem. A jeśli nauczymy się szanować człowieka, wszystkie pozostałe przymiotniki przestaną być najważniejsze.

Sama nie jestem święta, ale świętej nie udaje.

Mam świadomość, że jak Ktoś rozdawał wzrost to ja stałam w kolejce po niewyparzoną gębę. 

Dlatego to przypomnienie również dla mnie…


Nie musimy być LGBT-friendly.
Nie musimy być child-friendly.
Nie musimy być senior-friendly.
Nie musimy wymyślać kolejnych etykiet z angielskim dopiskiem, żeby udowodnić, że jesteśmy przyzwoici.
Nie potrzebujemy, żadnej religii czy ideologii, żeby być przyzwoitym.

Wystarczy w człowieku zobaczyć po prostu człowieka…

Bądźmy po prostu human-friendly.


 

piątek, 2 grudnia 2022

"A robisz coś z TYM?", czyli o pytaniach zadawanych osobom grubym słów kilka

Ile ważysz?
Wszyscy u Ciebie w rodzinie są tacy grubi?
Dlaczego jesteś gruba? Chorujesz na coś?
Powinnaś spróbować diety keto/postu Dąbrowskiej/diety pięciu przemian/jakiejś innej, która jest aktualnie modna, wiesz?
A robisz coś z TYM?
Próbowałaś odchudzania?
A gdzie kupujesz ciuchy w swoim rozmiarze?
Mam znajomego dietetyka, chcesz namiar?
Ale musisz jeść warzywa, wiesz? I wykluczyć gluten, chleb, makaron, nabiał, laktozę, mięso czy cokolwiek innego?

To część tylko pytań, które są zadawane osobom grubym przez innych.
To pytania, które były zadawane MI, jako osobie grubej.
Najczęściej zupełnie z dupy, bez żadnego kontekstu.
Ba! Często nawet przez obcych ludzi, którzy mnie nie znają i widzą mnie pierwszy raz na oczy.



Tak, jestem gruba. To fakt – obiektywny i niezaprzeczalny. Fakt, z którego zdaję sobie doskonale sprawę. Naprawdę. Mam w domu zarówno wagę, jak i lustro. I oczy. Tak, badam się regularnie i mam sporą wiedzę na temat diet i odżywiania się. Ale takie pytania irytują mnie niemiłosiernie. I jednocześnie zastanawia co siedzi w głowach osób, które zadają takie pytania. A zadają je najczęściej osoby, które praktycznie mnie nie znają – nie znają mnie, widzą pierwszy raz na oczy. Rozumiem, że często przyświecają dobre intencje i rzekoma troska, ale na czym oparta? Na shamingu, zawstydzaniu, wytykaniu palcami. Czy osoby zadające takie pytania naprawdę nie myślą, że nie mam oczu, wagi i lustra? A co śmieszniejsze – takie pytania zadają również osoby, które same mają nadwagę, a ich BMI jest dalekie od idealnego. 

Tak, jestem gruba. To fakt – obiektywny i niezaprzeczalny. Ale to moje ciało, które nie jest od spełniania estetycznych wymagań innych ludzi. Jestem gruba i kocham siebie, swoje ciało – każdą bliznę, rozstęp, fałdkę.

Tak, jestem gruba. To fakt – obiektywny i niezaprzeczalny. Mam wagę i lustro. Ale przede wszystkim mam miłość i akceptację do siebie. Całe morze miłości i akceptacji. Jak uda mi się schudąć – fajnie, będzie lżej. Jak nie – też spoko, nadal przecież będę sobą.

Droga osobo zadająca takie pytania – czy osobom np. o niestandardowym wzroście, prostych czy kręconych włosach i np. rudych czy z czymś co nie odpowiada Twoim estetycznym wymaganiom też zadajesz takie pytania? Np. Robiłeś coś z tym? Albo Weź się zbadaj, coś z Tobą nie tak. A Twoje pytania i teksty pokazują tylko Twoją niedojrzałość, zamiłowanie do przemocy psychicznej (bo tym właśnie jest shaming) i chęć dowartościowania siebie.

niedziela, 5 lipca 2020

Co u mnie? Czyli powrót po długiej przerwie.



Dawno, mnie tutaj nie było. 
Nawet bardzo dawno. 
Rok 2019 był dla mnie wyjątkowo trudny i odbija się jeszcze trochę czkawką do dzisiaj. 
Wydarzyło się wiele….
Wyprowadzka z Wrocławia, po 10 latach mieszkania tam.
3 przeprowadzki w ciągu roku.
W tym jedna do chłopaka. 
Matka, która odeszła do kochanka. 
A co za tym idzie - pierwsze Święta bez niej. 
Pobyt w Centrum Terapii Nerwic w Mosznej.
3 razy popsuty komputer - ostatni raz pod koniec roku i to na amen.
I na ostatek wyrzucona z pracy, która naprawdę mi się podobała (rzekomo redukcja etatów, ale miejsce dla 3 nowych osób się znalazło...).

O ile RZS nie dawał popalić, przynajmniej za bardzo…
Tak zdecydowanie odezwała się depresja…
Ale o niej jeszcze będę pisać…



Do tego teraz jeszcze COVID-19, cała pandemia i panika, które wcale nie ułatwiają szukania pracy. Tak, wciąż, od początku roku szukam… 
Ale wracam.

Kto mnie zna – wie, że nie zniknęłam całkowicie.
Wciąż byłam aktywna na swoim blogu książkowym, rękodzielniczym czy na Dziele Duchowej Adopcji Sióstr Zakonnych. Tylko jakoś tutaj nie miałam serca ani weny pisać.

Jest coś o czym chcielibyście przeczytać?