![]() |
Żywa choinka w studenckim mieszkaniu |
Od lat drżę na myśl o Bożym
Narodzeniu, od lat jedyne na co się cieszę to te kilka wolnych dni,
ewentualnie czasem na prezenty. Już usłyszałam, że zbyt płytko
podchodzę do tych Świąt, że jako praktykująca katoliczka, nie
mogę nie lubić czy nienawidzić Bożego Narodzenia, bo wtedy
narodził się Jezus Chrystus. Jednak problem tkwi gdzie indziej...
Być może trochę we mnie, może trochę w tym co się dzieje.
Wszystko zaczęło się kiedy miałam
jakieś 11-12 lat. Już doskonale wiedziałam, że nie istnieje
Mikołaj przynoszący prezenty 6 grudnia. Wiedziałam, że nie
istnieje Gwiazdka, Dzieciątko czy Aniołek przynoszący prezenty pod
choinkę (przynajmniej tak mówi się u nas). Przeżyliśmy
przeprowadzkę z bloku do domku szeregowego, która wiązała się z
tym, że Asia mająca 10 czy 11 lat robiła obiady i zajmowała się
swoim 3 lata młodszym bratem, kiedy rodzice wyjeżdżali do
oddalonego o 45 km Opola po przeprowadzkowe zakupy. Po przeprowadzce
przyszedł czas na pierwszą Wigilię w nowym domu, kiedy Asia była
przysłowiowym przynieś, podaj, pozamiataj, a w tym czasie brat
oglądał telewizję lub bawił się z kotem. To właśnie wtedy
włączyło się dojrzewanie, pierwszy okres i te sprawy... To na tej
lub następnej Wigilii usłyszałam magiczne sformułowanie „idź
do siebie i nie dyskutuj z dorosłymi” w momencie, kiedy Babcia
zadała jakieś pytanie bezpośrednio do mnie, a ktoś inny moje
odezwanie się do Babci odebrał to jako przerwanie niezwykle ważnej
rozmowy o platynowych kabelkach przewodzących dźwięk superaudio
itp. (ja się na tym nie znam, ale podobno do ważne czy kabelek jest
złoty, platynowy czy cholera wie jaki jeszcze). Nieważne. Resztę
Wigilii przepłakałam w swoim w pokoju, choć wpojono mi, że
przecież mam wszystko, więc nie mam powodów do płaczu. Później,
z roku na rok, dostrzegałam coraz mniej magii, a coraz więcej
zgrzytów. Przedświątecznej kurwicy związanej ze sprzątaniem,
przygotowywaniem miliarda potraw, które (choć smaczne) – w
ilościach nie do przejedzenia... Kiedy kilka-kilkanaście dni przed
Bożym Narodzeniem jedyne co słyszysz to wrzaski o to, że ubrania w
szafie nie są poukładane kolorystyczne (jakby to miało znaczenie)
albo, że nie pomagasz przy pieczeniu kolejnego ciasta, choć już
jest ich kilka, a Ty robisz coś innego. Kiedy przez większość
grudnia słyszysz pretensje, że ubrałaś choinkę, nie tak jak
trzeba (Twoje starania oczywiście nieważne) albo pretensje o to,
dlaczego 6 grudnia nie wiesz w co ubierzesz się 24. Do tego ciągła
nerwica o każdy pyłek kurzu, cukierowe dekoracje wszędzie gdzie
się da i wszędobylska hipokryzja. Kiedy przez cały rok jeden czy
drugi wujek z ciotką traktują mnie jak powietrze, kiedy dziadek
traktuje jak zakałę rodziny i życiowego nieudacznika, bo nie
uczyłam się niemieckiego i nie dostałam się na medycynę, a nagle
w Boże Narodzenie, wszyscy przywdziewają sztuczne uśmiechy i
składają oblepione lukrem życzenia. Kiedy nagle w Boże Narodzenie
siedzimy przy jednym stole słyszysz mnóstwo miłych słów, choć
doskonale wiesz, że to tak naprawdę... tylko kurtuazyjne wchodzenie
w tyłek... I to właśnie ono zaraz przerodzi się w kłótnie o
platynowe kabelki (od 10-12 lat wciąż to samo), o wyższości win z
kraju A nad winami z kraju B, o wyższości makówek (śląskie
danie) nad kutią, kłótnie o to kto lepiej wychowuje dzieci, który
ksiądz w kościele gorzej śpiewa i która partia ma rację. Tak, to
tylko część tematów. A kiedy już mam dość i próbuję zmienić
temat – oczywiście zła i niedobra i robię prowokację. Ale
przecież tak cudownie spędza się czas z rodziną, prawda? Tak
cudowanie jest z Babcią, która jedyne czego życzy to „zrzucenie
tego brzucha”, prawda?
![]() |
Przynajmniej w pracy można się świątecznie pośmiać |
Wszyscy mówią jakie Boże Narodzenie
jest cudowne, że wszyscy się kochają, wszyscy przebaczają i są
dla siebie mili. A ja widzę zupełnie coś innego. Widzę nerwówkę,
kłótnie podczas przygotowywań, a w samą Wigilię – kłótnię
nad stołem o takie pierdoły jak dodawanie miodu do kutii, życzenia
z docinkami i życzenia z serii „życzę sobie, abyś Ty...” Nie
słyszę tekstów „O, Jezus się narodził”, ale za to słyszę
teksty z serii „Idź do siebie i nie rób prowokacji”, „Gówno
wiesz”. Hitem jednak jest tekst „Spieprzyłaś mi Święta”
samym faktem, że miałam czelność wyjść z przyjaciółką (z
którą znam się od dzieciaka i jesteśmy dla siebie jak siostry) na
piwo w I czy II dzień Świąt...
Nie mówię, że nie próbuję polubić
świąt. Ale nie pomogą mikołajkowe czapeczki czy świąteczne piosenki, kiedy okazuje się, że całe gadanie o byciu miłym i
przebaczaniu jest tylko czczym pierdoleniem, a nie prawdziwym
sposobem na spędzenie Świąt i czasu razem. Bo zawsze jest tak samo
- przesłodzone życzenia i wchodzenie sobie w tyłki, a zaraz
później kłótnie o... pierdoły tak naprawdę. Brakuje mi w tym
wszystkim szczerości, miłości, chęci spotkania... Robienie nie
„bo wypada” albo „bo co dziadkowie powiedzą”, a z prawdziwej
chęci spotkania i spędzenia czasu razem. Bo po co się spotykać
dla samych kłótni?